piątek, 12 kwietnia 2013

Rozdział II



          Podszedł do kalendarza i skreślił przedostatni dzień miesiąca. Rzucił mazak na biurko i podszedł do okna. Księżyc świecił jasno tej nocy, niczym wielka, okrągła latarnia na atramentowym niebie. Westchnął, wodząc oczami po ogrodzie. Zatrzymał wzrok przy fontannie. Lubił ją. To była jedna z niewielu rzeczy, jaką lubił w tym ogrodzie. Została zrobiona dla niego, gdy jeszcze rodzice wierzyli, że kiedyś będzie kimś.
- Czemu ja? – zapytał cicho i odwrócił się od okna. Przy jego łóżku stały już torby. Wszystko miał spakowane: książki, mundurek, inne ubrania… Tak bardzo nie chciał tam jechać.
- Tam nawet księżyc nie będzie taki sam – powiedział, patrząc ponownie na kalendarz. W pokoju nie było do końca ciemno, mimo zgaszonego światła. Księżyc naprawdę jasno świecił, oświetlając jego pokój. Wiedział, że będzie tęsknił za tym widokiem, nawet jeżeli nienawidził tego domu.
          Podszedł do łóżka i usiadł na nim.
- Moja ostatnia noc. – Wszedł pod kołdrę, z dziwnym uczuciem, że szybko tej nocy nie zaśnie.
~*~
          Miał wrażenie, że dopiero co zamknął oczy, a już ktoś potrząsał za jego ramię.
- Wstawaj, Chris. – To była jego matka.
- Jeszcze pięć minut – powiedział sennie.
- Nie ma czasu. Wstawaj, bo się spóźnimy – oznajmiła i wyszła z pokoju.                                                                                                                                                     Zawsze tak robiła. Jakby się go bała, jakby był czymś zarażony. Chris przeciągnął się w łóżku i usiadł. Przetarł zaspane oczy i rozejrzał się po pokoju. Spojrzał na torby i skrzywił się. Więc już niedługo będzie w drodze do szkoły…                          
     Wstał, ponownie się przeciągnął i ziewnął, a do jego pokoju ponownie weszła matka.
- Za dwadzieścia minut jedziemy – powiedziała. – Ubierz się i zanieś rzeczy do samochodu.
Pokiwał jedynie głową na znak, że zrozumiał, a jego mama wyszła z pokoju.
     Szybko wykonał poranną toaletę, ubrał się w swoje zwykłe ciuchy i obładowany torbami, zszedł na dół. Przeszedł przez salon, kierując się do przedpokoju, gdzie już czekali na niego rodzice.
- Gotowy? – zapytał ojciec. A nie widać?, pomyślał, przytakując głową. – No to do samochodu.
Wyszli z domu, przeszli przez ogród i znaleźli się przy samochodzie. Chris wpakował torby do bagażnika, a sam usiadł na tylnym siedzeniu. No i przede mną długa jazda, pomyślał, układając się wygodniej, żeby zasnąć. Na szczęście nie miał z tym takiego problemu, jak w nocy.
~*~
     W czasie jazdy budził się po parę razy i wtedy zazwyczaj wymyślał różne rzeczy do roboty, dopóki sen ponownie go nie zmorzył. Czasami coś czytał, słuchał muzyki i grał na konsoli, jednak szybko wyczerpały się baterie. A czasami po prostu patrzył przez okno. Jego szkoła była w zupełnie innym mieście i podróż tam zajmowała parę godzin. Domyślał się, że właśnie tak będzie. Rodzice będą chcieli, żeby był, jak najdalej od nich, żeby jak najrzadziej przebywał w domu, z nimi. Nie była to dla niego żadna nowość. Często już posyłali go w odległe miejsca, najczęściej na wakacje, bądź na ferie. Byleby tylko nie siedział w domu razem z nimi.
     - Za ile będziemy? – zapytał, gdy po raz kolejny przebudził się z krótkiego snu.
- Za niecałe trzy godziny zatrzymamy się w hotelu, żeby trochę odpocząć – odpowiedział ojciec. – Stamtąd jest tylko godzina jazdy do twojej szkoły.
- Świetnie – powiedział do siebie cicho, tak by jego rodzice nie usłyszeli.       
     Postanowił już nie spać w samochodzie, myśląc o łóżkach w hotelowym pokoju. Zanim tam dojadą będzie już prawie wieczór, prześpią się i wyruszą z rana następnego dnia. Jednak gdzieś w duchu miał nadzieję, że spóźni się chociaż na rozpoczęcie roku; uchroniłoby go to przed nudnym przemówieniem. Chociaż zapewne jego rodzice tak wszystko zaplanowali, by nic go nie ominęło.
~*~
     - Jesteśmy – usłyszał. Odłożył książkę i rozejrzał się. Zobaczył budynek, był to zapewne ich hotel. Jego ojciec zaparkował auto, a Chris od razu wyszedł z samochodu.
- Torby można zostawić w bagażniku, weź tylko jedną – powiedziała jego matka, jakby sam tego nie wiedział. Zrobił, jak powiedziała i ruszyli ku wejściu. Jego rodzice od razu podeszli do recepcji, podali nazwisko, a dziewczyna wręczyła im dwa klucze.
- Twój pokój – powiedział ojciec, podając mu klucz z numerem 77. – Jakbyś nas szukał jesteśmy piętro wyżej pod osiemdziesiąt dziewięć.
Powstrzymał się od komentarza, wziął klucz i ruszył za rodzicami do windy. Szybko znalazł się przed swoim pokojem i otworzył drzwi. Wolał się nie zastanawiać, ile kosztowały dwa takie pokoje na jedną noc i wszedł do środka. Chciał, jak najszybciej wziąć prysznic po podróży i znaleźć się w wygodnym łóżku. Czuł się zmęczony, a jutrzejszy dzień nie napawał go optymizmem.
~*~
     Usłyszał pukanie do drzwi, więc zakrył głowę poduszką. Jednak po chwili rozdzwoniła się jego komórka. Niechętnie odebrał i powiedział do telefonu:
- Ssoo?
- Wstawaj, niedługo wyruszamy. Przecież nie możesz się spóźnić już pierwszego dnia.
Rozłączył się i nastawił budzik, żeby poleżeć jeszcze z dziesięć minut.
~*~
     Nagle otworzył oczy. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest, to pomieszczenie w żadnym stopniu nie przypominało jego pokoju. Dopiero gdy usiadł, to wszystko sobie przypomniał.
- O nie – powiedział do siebie, szukając telefonu, żeby sprawdzić godzinę. Znalazł go głęboko wciśniętego pod poduszkę, która zapewne zagłuszyła budzik. Na wyświetlaczu zobaczył masę nieodebranych połączeń od matki, a dopiero potem godzinę. Spał ponad pół godziny. Wpadł w panikę. Szybko się ubrał, wziął swoje rzeczy i wybiegł z pokoju. Minął jakąś zdziwioną staruszkę z kotem na ręce.
Kot? W hotelu? Chris, nie teraz! Już jesteś spóźniony!
Pobiegł po schodach, nie chciał tracić czasu na czekanie na windę, oddał klucz do recepcji i wybiegł z hotelu. Przy samochodzie czekali jego rodzice i wcale nie byli zadowoleni, że go widzą.
- Dzwoniłam do ciebie – powiedziała jego matka, gdy znaleźli się już w samochodzie.
- Wiem – odpowiedział jedynie, zapinając pasy.
- Masz szczęście, że jednak nie zatrzymaliśmy się w poprzednim hotelu. W godzinę byśmy tam nie dojechali, a tak będziemy tam za dwadzieścia minut – oznajmił jego ojciec.
- No widzicie, zdążymy – powiedział niewinnie.
- Na pewno nie dzięki tobie.
- To nie ja upierałem się przy tej szkole.
- Dość tego!
     Przez resztę drogi panowała posępna atmosfera i nikt się więcej nie odezwał. A Chris starał się ignorować dziwne uczucie, które go przepełniało, gdy dzieliło go coraz mniej od szkoły.

3 komentarze:

  1. Nie mogę się doczekać, kiedy pojawią się notki będące kontynuacją. ;P
    Skoro rodzice pozbywają się syna, to chyba ten jeden dzień, gdy dłużej spędzą z nim czas, nie powinien być da nich takim utrapieniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    ach co za wstrętni rodzice, pozbywają się syna, i powinni ten ostatni dzień jak najwięcej czasu z nim spędzić, a wygląda to tak jakby był utrapieniem...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń